Kanary część 2 – Na Palmie

 In Ciekawe Miejsca i Historie

W pierwszej części naszej relacji z rejsu po wyspach Kanaryjskich skupiliśmy się na przybliżeniu klimatu i warunków pogodowych panujących w obrębie archipelagu. Wiesz już więc, że w tej części Oceanu Atlantyckiego sezon żeglarski trwa cały rok i spokojnie możesz wybrać się tu w rejs nawet zimą.  Dziś opuścimy port macierzysty i ruszymy w kierunku Ameryki. Zapraszam zatem na

część 2 – Na Palmie
Teneryfa – La Palma

Niedzielnym rankiem oddaliśmy cumy w Las Galletas i obierając kurs północno-zachodni pożeglowaliśmy wzdłuż zachodniego wybrzeża Teneryfy chcąc zobaczyć słynne klify olbrzymów – Acantilados de los Gigantes. Zapierające dech w piersiach widoki skał wystrzeliwujących z oceanu na wysokość ponad 300 metrów (max 600 m. n.p.m.) robią wspaniałe wrażenie. Majestatyczna oceaniczna fala z lewej i olbrzymie klify z prawej burty na zawsze pozostaną w naszej pamięci.

Po drodze minęliśmy miasto, którego nazwa pochodzi bezpośrednio od klifów. W Los Gigantes znajduje się spora marina (Puerto de Los Gigantes) i pełne zaplecze turystyczne z restauracjami serwującymi dania kuchni kanaryjskiej i hiszpańskiej oraz bary, sklepy i hotele. W północnej części miasteczka sąsiaduje z klifami niewielka, czarno-piaskowa plaża.

Nacieszywszy oczy widokami obraliśmy kurs na Santa Cruz de La Palma resztę dnia aż do późnego wieczora spędzając na leniwej żegludze bajdewindem prawego halsu przy delikatnym wietrze dochodzącym momentami do 3B. Marinę La Palma powitaliśmy około godziny 21 po niemal 15 godzinnym przelocie. Ku naszemu pozytywnemu zdziwieniu w stolicy wyspy otwartych było jeszcze kilka knajp. Zasłużona nagroda w postaci grande cerveza zrekompensowała nam trudy dnia powszedniego.

La Palma

Zapowiadany na poniedziałek silny wiatr skutecznie zatrzymał nas w porcie. Ponadto przywiał jeszcze kilka statków, które razem z nami schroniły się w marinie La Palma. Plan na ten dzień i tak zakładał wycieczkę po wyspie więc załatwiwszy papierologię związaną z wypożyczeniem aut ruszyliśmy w drogę.

Pierwszy przystanek – La Fajana.

Na północy wyspy stworzono naturalne baseny, które napełniane są przez fale przelewające się przez sztucznie wzniesioną cembrowinę. Niestety z niewyjaśnionych przyczyn baseny były tego dnia niedostępne. Być może chodziło o wysokość i prędkość fali. Nawet z góry wyglądały potężnie co zresztą pokazują poniższe zdjęcia. Parę westchnień zachwytu i kilka zdjęć później siedzieliśmy więc przy stole w pobliskiej Restaurante la Gaviota, z tarasu której mogliśmy podziwiać ocean zajadając pierwszorzędne wyczyny kuchni.

Drugi przystanek – Roque de los Muchachos (2426 m.n.p.m.)

Serpentynami przez prehistoryczny las wawrzynowy wspięliśmy się na najwyższy szczyt wyspy i drugi pod względem wysokości na wyspach Kanaryjskich. Tutejszy punkt widokowy znany jest z doskonałych warunków do obserwacji nocnego nieba. Świadczy o tym chociażby obecność obserwatorium astronomicznego. Chcąc jednak spędzić tutaj wieczór należy odpowiednio przygotować się ubraniowo. Temperatura na górze jest zdecydowanie niższa niż na plaży 2,5 kilometra niżej. Przygotuj zatem odpowiednie buty, kurtkę i czapkę – to absolutne minimum.

Poniższe zdjęcie pokazuje idealnie, że Los Muchachos uznało nas za nieproszonych gości. Pomimo chmur i silnego, mroźnego wiatru wrażenia i tak były wspaniałe. Niemniej jednak pozostał spory niedosyt więc mamy bardzo dobry powód, aby tam wrócić.

Wieczorna burza mózgów kapitana i oficerów nad mapą i prognozą pogody zaowocowała planem na wtorek. Silny, północno-wschodni wiatr miał się utrzymać aż do wieczora dnia następnego. Pierwotnie forsowany przelot do Santa Cruz de Tenerife zająłby około 24 godzin. Tym bardziej uciążliwy, że cały czas bajdewinden przy 4-5B czyli, dla niewtajemniczonych przechyły, fala wchodząca na pokład, trzepanie jachtem w górę i w dół, rzyganie etc. czytaj – nic przyjemnego i skoro można tego uniknąć to po co się męczyć. Tym bardziej, że następnie czekać nas miała kolejna 12 godzinna przeprawa tym razem na silniku. Ogólnie rzecz ujmując zbędny wydatek kaloryczny i finansowy. Stanęło więc na o wiele krótszym i przyjemniejszym – bo niemal z wiatrem – przelocie do San Sebastian de la Gomera. Wyjście z portu zaplanowaliśmy na następny wieczór około godziny 22.

Cały wtorek mogliśmy przeznaczyć na wakacyjne lenistwo, spacer po Santa Cruz de la Palma i plażowanie. Żaden el muchacho nie mógł wymyślić tego lepiej 😉 Wypoczęci i najedzeni już przed 21 opuściliśmy niezwykle uroczą stolicę wyspy La Palma. Łezka w oku kręci się na samą myśl, że minąć musi niemal rok nim wrócimy tam znów.

C.D.N.

Recent Posts

Leave a Comment

Ahoj, miło Cię widzieć ;)

Jeśli chcesz być na bieżąco z aktualnymi promocjami i wydarzeniami podaj nam swój e-mail, abyśmy mogli pozostać w kontakcie.  

Wyrażam zgodę na otrzymywanie drogą elektroniczną na wskazany przeze mnie adres email informacji handlowej w rozumieniu art. 10 ust. 1 ustawy z dnia 18 lipca 2002 roku o świadczeniu usług drogą elektroniczną od LobSter Monika Wótkowska.